„- Czarny w białe pasy…

„- Czarny w białe pasy czy biały w czarne?
Andrea Agnelli podniósł głowę znad biurka.
– Co?
– Piłkarz Juventusu jest czarny w białe pasy czy biały w czarne pasy? – powtórzył cierpliwie Cristiano Ronaldo.
Andrea Agnelli chrząknął i poprawił okulary, nie przestając myśleć o słupkach i prognozach. I De Ligcie. Ostatnio bardzo intenstywnie myślał o Mathijsie De Ligcie.
– Nie teraz, Cristiano, jestem zajęty. Idź robić pompki.
– Już zrobiłem. A to jest bardzo ważne – z dziecięcym uporem powiedział stojący w drzwiach gabinetu Ronaldo.
– Jakie to ma znaczenie? – zapytał Agnelli. – Teraz stroje mają idealnie równe proporcje.
– Kołnierzyk jest czarny – nie dawał za wygraną Cristiano.
– Czyżby? Sprawdź jeszcze raz.
Tupot nóg na korytarzu oznaczał, że Andrea Agnelli zyskał pół godziny spokoju. Westchnął i zdjął połówkowe okulary, wiedząc, że zaraz dopadnie go migrena. Kilka miesięcy wcześniej zmieniono stroje, żeby raz na zawsze skończyły się te pytania – ale Cristiano Ronaldo nigdy nie odpuszczał. W żadnej sferze życia.

Ale mnie głowa napierdala, pomyślał Agnelli trąc oczy. Od samego początku Cristiano Ronaldo był jednoosobowym generatorem problemów o takiej mocy, że mógł zasilić nimi cały Turyn. Miał dwa rodzaje spraw – Cristiano i nieważne. W dni, w które nie udało mu się osiągnąć maksymalnego wyniku na maszynie z bokserską gruszką, był przygnębiony i ładował bramki z ponurą miną. Dopóki Portugalczyk nie strzelił przynajmniej stu goli, bramkarz rezerw nie mógł opuścić ośrodka i często musiał spać w samochodzie, bo nie miał już siły, żeby wejść po schodach do domu. Po paru tygodniach miał tego dosyć i zaczął stosować politykę biernego oporu, co sprowadzało się do tego, że leżał między słupkami i udawał, że nie żyje. Żywy czy nie – byloby głupio, gdyby taki dobry ciężar się zmarnował, więc Ronaldo brał go na plecy na zwyczajową serię tysiąca pompek. Podróżując w górę i w dół, rezerwowy bramkarz Juventusu z zamkniętymi oczami modlił się, żeby pan obsesja doskonałości zniknął z jego życia.

A Ronaldo nie znikał – nawet na chwilę. Sprzątaczki, które przyjeżdżały do ośrodka treningowego o wpół do szóstej, witało głośne klaskanie bosych stóp Portugalczyka, gdy nagi biegał tam i z powrotem po holu, krzycząc „SIIIIIII!!!”. Trzeciego dnia w klubie dorobił sobie klucze i nie musiał już wychodzić ze wszystkimi. Godzinami relaksował się w specjalnie dla niego opracowanej mieszaninie alg, srebra koloidalnego i schłodzonego piżma i unosił się w tym kurestwie jak poduszkowiec. Na koniec procesu regeneracji rozdzielał swoje ciało na dwie części, rozpędzając je do ogromnej prędkości w miniaturowym zderzaczu hadronów w klubowej piwnicy i zderzał ze sobą, żeby wszystkie kwarki porządnie się wymieszały.

Jego samopoczucie było bezpośrednio związane z jego formą fizyczną – a że ta była niezmiennie najlepsza na świecie, to z twarzy Cristiano Ronaldo nie schodził uśmiech. Zasępiał się tylko, gdy ktoś inny zdobył bramkę albo gdy został odjebany taki szajs jak z tymi koszulkami, ale w pozostałe dni szalony Portugalczyk był w stanie po locie odróżnić jastrzębie od czapli.

Twardszy, lepszy, szybszy i silniejszy.
Chodząca dominacja genetyczna, którą zapewniały mu nadliczbowe chromosomy.”

via Melodroma.
#juventus #pilkanozna #heheszki